Kto wie pierwszy

8 października 2007 • Zarządzanie Redakcją • by

Die Welt, 10.8.2006

Dziś każdy obywatel jest reporterem. Podczas gdy dziennikarstwo obywatelskie* zmienia media,  zawodowi dziennikarze odgrywają jeszcze ważniejszą rolę.
„Ja też, ja też!” – ten okrzyk bojowy da się słyszeć na ulicach i korytarzach wielu domów wydawniczych. Dlaczego? Reader’s Edition, otwarta na odbiorców gazeta online, która jest w sieci od lipca, promuje się pod hasłem: „Poszukujemy 20 milionów redaktorów”. W międzyczasie, CNN rozsyła wici za naocznymi świadkami na polach bitewnych w Libanie, a więc otwiera dla wszystkich niedoszłych dziennikarzy nowy portal „CNN Exchange”.

W tym samym czasie zarówno niemieckie brukowce, jak i prasa poważna – Bild, Sudkurier czy Saarbrucker Zeitung, publikacja za publikacją – wydają się odkrywać wśród swoich czytelników potencjalnych dziennikarzy.
Ale do czego to wszystko prowadzi?

Dziennikarstwo obywatelskie! Ten fenomen może nie jest wcale nowy, ale jest dużo bardziej urozmaicony, a przez to silniejszy niż zwykle. Aż do teraz lokalne  gazety, rozgłośnie radiowe, kanały telewizyjne czy inne formy dziennikarstwa obywatelskiego ograniczone były  tylko do lokalnych wiadomości lub tematów dotyczących wąskich zainteresowań, a zatem były ignorowane przez szeroką rzeszę odbiorców. Innymi słowy, ten rodzaj dziennikarstwa nie miał żadnego wpływu. Jednakże, nie dotyczy to krajów, gdzie wolność słowa i różnorodność opinii były tradycyjnie minimalne.
Od początków swojego istnienia, czyli od 2000 roku, południowokoreańska gazeta online Ohmy-News była siłą przeciwstawiającą się konserwatywnym mediom, z których żadne nie oponowało przeciwko korupcji i autorytarnym strukturom państwa. Gazeta przyczyniła się do zwycięstwa rzecznika praw człowieka, Roh Mooo-hyun’a, w wyborach prezydenckich w 2002.

Rok temu, podczas zamieszek na przedmieściach Paryża, prywatne dzienniki stały się kluczowym miejscem na polityczna debatę. Wielu uczestników blogów krytykowało ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Francji, Nicolasa Sarkozy’ego, który sam korzystał z portali internetowych, by komunikować się z obywatelami, a tym samym docierał do dużo większej liczby odbiorców niż za pomocą tradycyjnych mediów.

We Francji z Internetu korzysta 25 milionów ludzi, w większości młodych, z których coraz mniej czyta gazety, głównie przez to, że ich interesy, jeśli w ogóle, traktowane są raczej powierzchownie. W dodatku, dziennikarze polityczni we Francji nie są z reguły zbyt krytyczni wobec klasy rządzącej, a to dlatego, że sami się za takową uważają.
Do momentu kiedy dziennikarstwo polegało całkowicie na konwencjonalnych technologiach komunikacyjnych, możliwości przekazu były czynnikiem ograniczającym przepływ informacji: liczba dostępnych stron, częstotliwości i czas nadawania naziemnego były niewystarczające. Wykorzystanie ich do granic możliwości było zadaniem zespołów redaktorskich i dyrektorów telewizyjnych, i pozwalało im tym samym na decydowanie o agendzie i selekcji, wybieranie jednych tematów, a ignorowanie innych. Konsumenci medialni byli w zasadzie na ich łasce i mogli jedynie liczyć na to, że ich list do redaktora zostanie opublikowany lub liczyć na niezawodność i uczciwość dziennikarzy. Pod tym względem dziennikarstwo trwale się zmieniło.

Dziś Internet oferuje nowe i ciągle ulepszane metody zamieszczania informacji online w tani, szybki, elastyczny i niczym nieograniczony sposób. Najbardziej emocjonującym elementem jest jednak integracja i współzależność wszystkich informacji.

W październiku 2005, BBC zwiększyło obroty swojego działu online (http://news.bbc.co.uk/1/hi/talking_point/default.stm) poprzez zaopatrzenie go w nowe oprogramowanie pozwalające użytkownikom na szybszą i bezpośrednią interakcję w sieciowych dyskusjach  W przypadku drażliwych tematów, redaktorzy zazwyczaj sprawdzają artykuły przed zamieszczeniem ich na stronie. Jednak z reguły zadaniem  czytelników pozostaje by sprawdzać ich wiarygodność i precyzję. Wydaje się że, Internet spełnił swój utopijny sen o przeistoczeniu się w forum dla jeszcze bardziej demokratycznej i społecznej krytyki.
25 lipca 2006, Gero von Randow, redaktor naczelny Zeit Online, napisał w „ZEITansage” , blogu redaktora gazety, że „ na początku tego tygodnia musieliśmy wygłosić trudne oświadczenie:  obecnie, nie możemy już komentować żadnego artykułu na temat aktualnego kryzysu na Bliskim Wschodzie”. Według von Randowa, powodem tego była za duża liczba artykułów złośliwie atakujących zarówno żydów jaki i muzułmanów. Może to wyglądać jak uchylanie się, ale niemiecka lewicowa gazeta Taz z premedytacją wyciszyła tę kontrowersję cytując zdanie jednego z jej użytkowników („S. Schanz”, 2 sierpnia 2006), który zinterpretował działania Zeit Online jako partyzantkę, porównując  współwydawcę gazety Josefa Joffe’a do „proizraelskiego prawicowego konserwatysty”.

Jako, że firmy medialne na nowo odkrywają swoich odbiorców w erze nowoczesnej technologii  komunikacyjnej, „dziennikarze o korzeniach obywatelskich” częściej spotykani są poza granicami sieci. Dotyczy to zarówno gazet lokalnych, jak i brukowców.

Z początkiem roku Saarbrucker Zeitung założyła gorącą linię dostępną dla wszystkich, którzy byli świadkami wypadku, lub mają skargi różnego rodzaju, i zaoferowała im opcję wysyłania zdjęć, SMS-ów, faksów czy wiadomości głosowych. Usługa ta zainspirowana była doświadczeniami Verdens Gang, największego norweskiego brukowca, który wygrał w globalnej bitwie o czytelniczą uwagę, kiedy opublikował zdjęcie tsunami szalejącego na Phuket Karon Beach w grudniu 2004. Zdjęcie zrobione przez jednego z czytelników pojawiło się na pierwszej stronie gazety zanim jakiekolwiek raporty dotarły do mediów. Dzięki rzeszy dziennikarzy- amatorów kontaktujących się z gazetą, Verdens Gang zdołał więcej wyjaśnić w sprawie miejsca pobytu zaginionych norweskich turystów niż norweskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Peter Stefan Herbst, redaktor naczelny Saarbrucker Zeitung, zakupił oprogramowanie, jakiego używa norweski brukowiec, by przetwarzać artykuły swoich czytelników i we własnej gazecie zaczął uprawiać dziennikarstwo obywatelskie. Do tej pory do redakcji dotarło około 2600 różnych wiadomości. Herbst ujawnia, że 650 z nich okazało się potencjalnie przydatnymi; 275 posłużyło jako podstawa do napisania artykułów,  zaś spośród przysłanych fotografii 92 zostały opublikowane. Poza nagrodą, jaką jest przeczytanie swojego nazwiska w gazecie, czytelnicy generalnie nie dostają żadnego wynagrodzenia za swój wysiłek.
Każdy dziennikarz ma bezpośredni dostęp do tego, co przekazali czytelnicy. Jednakże sami czytelnicy nie piszą tekstów. „Przysyłają nam tylko wskazówki tak, jak to robili dawniej, ale teraz ludzie oferujący ważne informacje nie ryzykują, że zostaną odprawieni z niczym sprzed biurka redaktora, albo przez operatora naszej linii telefonicznej”, tłumaczy Herbst. W końcu, ten dodatkowy społeczny wkład poprawia jakość i aktualność gazety. „Otrzymujemy pomysły na nowe artykuły i możemy być na miejscu zdarzenia, gdy tylko coś ważnego się dzieje. Tak jak sąsiad, który zrobi zdjęcia pożaru swoim telefonem komórkowym – zazwyczaj dużo wcześniej niż profesjonalna ekipa fotografów, która przyjedzie na miejsce, kiedy nie pozostanie do sfotografowania już nic, prócz tlących się zgliszcz”.

Herbst nie miał żadnych problemów z czytelnikami-reporterami i ich  przerostem ambicji, na przykład wtedy, gdy ”społeczni dziennikarze” blokowali wysiłki ratowania starszych osób przez strażaków. – To jest  problem stworzony przez brukowce, które płacą za sensacje”. Tak jak w przypadku niemieckiego brukowca Bild, który od lipca 2006 oferuje 500 euro za każde sensacyjne zdjęcie przysłane przez czytelników – więc „przyszli-niedoszli” fotografowie podjęli wyzwanie. Ich ostatnie trofea: płonący sportowy samochód na drodze krajowej nr 10, naga kobieta w centrum handlowym w Kolonii czy sławny prezenter telewizyjny Johannes B. Kerner uprawiający jogging na  wyspie Sylt.

Michael Konken, przewodniczący Niemieckiego Związku Dziennikarstwa (DJV), jest przekonany, że to dziennikarstwo książeczki czekowej tylko pogarsza problem „amatorów paparazzich”. W ogóle nie dziwi go wzrost „przyszłych-niedoszłych” dziennikarzy. „Jak tak dalej pójdzie, mówi, profesjonalni lokalni dziennikarze zostaną sprowadzeni do roli recenzentów i kontrolerów faktów, całkowicie związanych z biurem, podczas gdy domy wydawnicze zajęte będą ostrym krytykowaniem personelu, cięciem wydatków kosztem „gazety dobrej jakości”. Jednakże, to upraszczanie. Polowania amatorów na wiadomości nigdy nie uczyni profesjonalnego dziennikarstwa bezużytecznym.

Ludzie wybierają treści, które wydają się wiarygodne i rzetelne. I w chwili kiedy to prawda, że praca laików może prowadzić do godnych szacunku rezultatów, rozważmy sukces encyklopedii online Wikipedia. Tej samej filozofii nie można bezpośrednio zastosować w przypadku dziennikarstwa. Wiadomości czerstwieją dużo szybciej niż fakty i statystyki zawarte w zapisie encyklopedycznym, a mechanizmy samokontroli, które zdają się funkcjonować  w Wikipedii, zapewniające wykrycie błędu czy jakiejkolwiek próby manipulacji, są zbyt powolne dla profesjonalnego dziennikarstwa. Produkcja wiadomości  gra ważną rolę w społeczeństwie i reprezentuje jedną z jej czołowych profesji. Z drugiej strony, debata na różne tematy, począwszy od wojny w Iraku a na życiu miłosnym homo sapiens skończywszy (wystarczy np. odwiedzić portale internetowe takie jak „Opinion”, forum online gazety Rheinische Post) to w rezultacie nic więcej jak rozrywka.

Dziennikarstwo to coś więcej niż tylko publikowanie jakichś materiałów. Nie oznacza to, że ludzie nie mogą pomóc mediom wykonywać pracy lepiej, być prawdziwymi kontrolerami wpływów wewnątrz politycznej struktury społeczeństwa – i sejsmografami zmian społecznych. Czy to blogi i społeczność sieciowa, czy obywatele, którzy zamieniają się w dorywczych reporterów, wszyscy oni dostarczają profesjonalnym dziennikarzom nowych poglądów i informacji z pierwszej ręki, a zatem pomagają im zauważyć istotne wydarzenia gdy tylko mają one miejsce.

Podczas gdy dawniej to ograniczone możliwości  transferu mediów odpowiedzialne były za utrudnianie przepływu informacji, dziś jest to brak czasu, i prawdopodobnie, również umiejętności ludzi odpowiedzialnych za selekcję nawału informacji.
Profesjonalni dziennikarze mogą już nie mieć monopolu na rozpowszechnianie wiadomości, ale w dalszym ciągu to oni są ekspertami jeśli chodzi o selekcję istotnych informacji, a zatem wskazują kierunek  w coraz to trudniejszych i bardziej skomplikowanych czasach. W Reader’s Edition (www.readers-edition.de) tylko obywatele piszą artykuły i nadzorują etyczne standardy publikowanych wiadomości. Fakty mają być faktami i nikt nie powinien zostać urażony. Hasło tej internetowej gazety brzmi:  „przestrzeń jest nieskończona”. Ale mimo to, że wygląda to zachęcająco, skutki działań tego hasła nie są przełomowe. Zwłaszcza w otwartym społeczeństwie medialnym. Bo gdy wszyscy mówią, tak naprawdę nikt nie słucha.

*Dziennikarstwo obywatelskie (citizen journalism) to rodzaj dziennikarstwa uprawianego przez nieprofesjonalnych dziennikarzy w interesie społecznym. Jego powstanie i rozwój wiążą się z Internetem. Internet, w przeciwieństwie do tradycyjnych mediów, umożliwia każdemu interaktywne współtworzenie swojej zawartości. Internet pozwala na tworzenie i publikację artykułów w czasie rzeczywistym oraz wspólną pracę w sposób wirtualny dziennikarzy z całego świata, przyp.tł.


Tłumaczenie:Angelika Wyka
Print Friendly, PDF & Email

Send this to a friend