Zmierzch polskiego dziennikarstwa wojennego?

10 września 2013 • Dziennikarstwo Branżowe • by

Za sprawą ostatnich wydarzeń w Syrii polska opinia publiczna ponownie zwróciła uwagę na rolę korespondenta wojennego w relacjonowaniu konfliktów. Fotoreporter Marcin Suder został zakładnikiem islamskich bojowników.

Po ponad miesiącu od uprowadzenia Marcin Sudera polskie MSZ nadal nie podało oficjalnych informacji o statusie uprowadzonego. Jego uwolnienie komplikuje dodatkowo nadchodząca interwencja wojsk amerykańskich. Choć całe zdarzenie jest wielką tragedią, rozgrywającą się na niwie rodzinnej, zawodowej czy wreszcie państwowej, jest też ono wkalkulowane w zawód dziennikarza wojennego.

Anna Wojtacha, korespondentka z miejsc konfliktów, przekonuje, że to „zawód totalny – nie można być tylko trochę na wojnie”. Działania militarne widziane oczami reportera wojennego różnią się od ich postrzegania przez odbiorców mediów; relacje z punktów zapalnych nie są jednak dokumentowaniem wojny, w którym staje się ona „kontynuacją polityki innymi środkami” (zgodnie z klasyczną definicją C. von Clausewitza). Świat konfliktu dla korespondenta pozbawiony zostaje komponentu teoretycznego; pod wpływem gwałtownie zmieniającej się sytuacji budowanie jakiejkolwiek narracji nie ma większego sensu – dziennikarze wojenni stają się „turystami masakry”, jak określał to dobitnie Arturo Pérez-Reverte.

W odróżnieniu od innych odłamów dziennikarstwa na pierwszy plan zawodu korespondenta wojennego wysuwa się żywy kontakt z drugim człowiekiem, dokumentowanie ludzkiej tragedii, które nie musi zostać natychmiast skontrastowane z wypowiedziami stosownych urzędników państwowych. Reporterzy z miejsc konfliktów to według Péreza-Reverte „plemię koczownicze”, pozbawione stałego miejsca zamieszkania, wędrujące wraz z przemieszczaniem się punktów zapalnych w skali globalnej. Powyższe wyrażenie wydaje się być szczególnie adekwatne w odniesieniu do polskich realiów dziennikarstwa wojennego.

Przed 11 września 2001 r. w Polsce pracowało jedynie kilku reporterów wojennych. Zawód ten uznawano wówczas za elitarny – wszyscy wysłannicy mediów znali się między sobą, podróżowali wspólnie w miejsca konfliktów. Jak określa to polski korespondent, Jacek Czarnecki, po 11 września wojny stały się nagle wydarzeniem stadnym”. Radosław Kietliński, szef reporterów Polsatu, wśród dziennikarzy wojennych wyróżnia także kategorię „korespondenta kryzysowego”, który dopiero wchodzi na arenę działań militarnych – do miana korespondenta wojennego miałby go przybliżać każdy kolejny wyjazd w miejsce konfliktu. Po 2001 r. w Polsce pojawił się cały szereg dziennikarzy wojennych: Jacek Kaczmarek, Jacek Czarnecki, Jan Mikruta, Piotr Andrews, Maciej Woroch, Marcin Firlej, Wiktor Bater.

Najbardziej tragicznym wydarzeniem w tym segmencie polskiego dziennikarstwa stała się śmierć Waldemara Milewicza w Iraku w 2004 r. Milewicz uznawany był za prekursora współczesnego reportażu wojennego w Polsce; jego relacje z wielu światowych punktów zapalnych cieszyły się szerokim uznaniem opinii publicznej i środowiska dziennikarskiego. Zginął w czasie ostrzelania jego samochodu. W 2013 r. umorzono śledztwo w tej sprawie z uwagi na brak dowodów. Śmierć Milewicza odcisnęła jednak wielkie piętno na innych polskich reporterach wojennych. Sprawa ta pokazała, jak wiele kosztuje pogoń za informacją z miejsca konfliktu. Pragnienie jej posiadania znajduje się gdzieś pomiędzy czynnikami popychającymi do działania dziennikarzy wojennych: adrenaliną, ciekawością świata, przeświadczeniem o zmienianiu rzeczywistości, empatią dla ofiar teatru zmagań militarnych, a kategoriami nakreślającymi swoisty fatalizm zawodu: przywoływanym przez Ryszarda Kapuścińskiego wyniszczeniem psychicznym i fizycznym, nieustannym strachem przed śmiercią, obawami najbliższych, trudnościami z ponownym wejściem w świat normalności.

Abstrahując w tym miejscu od wszelkich uwarunkowań psychologicznych należałoby rozważyć, czy uwaga Wojciecha Jagielskiego o nieistnieniu w Polsce wąskiej specjalizacji dziennikarstwa wojennego nie jest także pokłosiem śmierci Milewicza? W dzisiejszej rodzimej rzeczywistości medialnej zawód korespondenta wojennego sensu stricto, poza nielicznymi przypadkami, praktycznie nie istnieje. Z jednej strony może się to wiązać z zaprzestaniem polskiego udziału w misjach wojennych w Iraku i w Afganistanie – polska opinia publiczna przestała pasjonować się konfliktami, w których interesy polskiego państwa nie są już dostrzegalne. Patrząc jednak z innej perspektywy, symptomatyczną może wydawać się droga zawodowa dziennikarzy określanych uprzednio mianem „wojennych”. Maciej Woroch stał się korespondentem zagranicznym stacji TVN, który przekazywał do Polski informacje choćby na temat narodzin syna księżnej Kate i księcia Williama; Jacek Czarnecki relacjonuje wydarzenia sejmowe; Jan Mikruta prowadził swój program w Polsat News; Jacek Kaczmarek został sekretarzem redakcji „Uwagi” w TVN.

Interesującym z punktu widzenia polskiego dziennikarstwa wojennego wydaje się zwłaszcza przypadek Wojciecha Jagielskiego, który z powodów osobistych zrezygnował z wyjazdów w rejony konfliktów zbrojnych (jego żona, Grażyna, opublikowała książkę „Miłość z kamienia”, w której opisuje m. in. jak przez pracę męża musiała zgłosić się do kliniki leczenia stresu bojowego).

Jeszcze innym powodem osłabionego statusu reportera wojennego w Polsce są niewątpliwie problemy budżetowe rodzimych instytucji medialnych, szczególnie widoczne w obrębie tego odłamu dziennikarstwa. Polskie stacje telewizyjne i radiowe czy redakcje gazet nie mogą pozwolić sobie na wynajęcie ochrony dla korespondentów wojennych, czy na rozbudowanie grupy przeznaczonej do relacjonowania konfliktu. Zwykle jest ona złożona z samego reportera, operatora kamery i dźwiękowca. W tej perspektywie pogoń za newsem prowadzi do tak drastycznych sytuacji jak ta, gdy Wiktor Bater opisywał sytuację w Biesłanie będąc rannym. To zachowanie wydawało się przeczyć zdrowemu rozsądkowi; dziennikarz wojenny nie musi jednak słuchać niczyich rozkazów, odwoływać się do teoretycznych determinantów konfliktu zbrojnego. Jak przekonuje Jagielski, choć dziennikarstwo wojenne stało się dawniej jego pasją, była to jednak „pasja o niszczącej sile”. Wydaje się więc, że trauma wojenna jest integralnym elementem pracy korespondenta z miejsc konfliktów. Choć trauma ta doprowadziła do swoistego przegrupowania sił w obrębie tego zawodu w Polsce, kolejna generacja reporterów wojennych mierzy się z takimi samymi problemami jak ich poprzednicy (do owej generacji można zaliczyć choćby Dariusza Bohatkiewicza czy Michała Żakowskiego). Patrząc przez ten pryzmat wartościowa wydaje się uwaga najsłynniejszego polskiego fotoreportera wojennego, Krzysztofa Millera, który za najważniejszą wojnę swojego życia uznaje tę z samym sobą. Potrzeba powrotu w miejsca konfliktów jest silniejsza niż wszelkie inne przeciwskazania. Należy jednak pamiętać, że tylko dzięki tej irracjonalnej przesłance polscy widzowie wciąż mogą obserwować wojnę przed własnym telewizorem, słuchać jej odgłosów przy radioodbiorniku czy przeglądać zdjęcia z miejsc konfliktów w ulubionej gazecie.

W Kodeksie Etyki Dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich znajduje się następujący zapis: „W relacjach z wojen, zamieszek i demonstracji dziennikarze powinni zachować postawę niezaangażowanych obserwatorów, tak by nie stać się przedmiotem manipulacji.”. Problemem takiego stwierdzenia jest jednak posiłkowanie się terminem „obserwator”. Przywołane wyżej przypadki polskich dziennikarzy wojennych dowodzą, że stają się oni uczestnikami wojny, pomimo braku opowiedzenia się po konkretnej stronie konfliktu zbrojnego. Walka korespondentów wojennych odbywa się na poziomie dostępu do informacji. Niejednokrotnie prowadzi ona do trwałych uszkodzeń psychicznych i fizycznych. Uwarunkowania trwającej od przeszło dekady wojny z terroryzmem spowodowały, że linia frontu dla reportera wojennego przesunęła się niebezpiecznie blisko miejsca wymiany ognia. Życie na tej granicy można odnieść do trwałego nałogu, który uzależnia i wprowadza w samonapędzający się cykl doświadczania niebezpieczeństwa. Choć przypadek polskiego dziennikarstwa wojennego pokazuje, że istnieje szansa na wyrwanie się z tego cyklu, to jednak walki zbrojne nadal pozostaną trwałym komponentem progresu (regresu?) cywilizacyjnego. Dlatego zawód korespondenta z miejsc konfliktów będzie w Polsce istniał w dalszym ciągu, wprowadzając na arenę działań militarnych kolejne grupy dziennikarzy.

W niniejszym wywodzie posiłkowałem się głównie doświadczeniem polskich reporterów wojennych. Tylko poznanie ich perspektywy może doprowadzić do zrozumienia pobudek kierujących rodzimymi korespondentami. To, co dla przeciętnego odbiorcy mediów jest aberracją rzeczywistości międzynarodowej, dla konkretnej grupy dziennikarzy jest przecież codziennością.

Zdjęcie: Biblio Archives/Library Archives / CC Flickr

Źródła:

M. Hodalska, Korespondent wojenny. Ofiarnik i ofiara we współczesnym świecie, Kraków 2006.

A. Pérez-Reverte, Terytorium Komanczów, przeł. J. Karasek, Warszawa 2002.

Print Friendly, PDF & Email

Tagi, , , , , ,

Send this to friend